Swoją drogą w uproszczeniu wystarczył jeden transfer, bym zamiast o środek tabeli zaczął bardzo poważnie i z powodzeniem walczyć o europejskie puchary, a przy odrobinie szczęścia, którego zabrakło, nawet o Ligę Mistrzów.
Różnicę robi napastnik światowej klasy zamiast gwiazdy Championship. Długo szukałem napastnika, miałem kilku kandydatów, ale warto było poświęcić na to czas, bo trafiła się okazja. Niejaki Meksykanin Carlos Fierro przyszedł do mnie z wolnego transferu (w innym wypadku na pewno byłby poza zasięgiem mojego klubu) i w pierwszym sezonie na The John Smith Stadium sięgnął po złotego buta (później został jeszcze najlepszym strzelcem Mundialu). Potwór, naprawdę. No i jego transfer zaklepałem poza okienkiem transferowym. Wtedy najlepiej robić interesy. Jak szukam zawodników w czasie okienka to zawodnik, którego chcę sprowadzić nagle przyciąga też kilku innych chętnych. Poza okienkiem nie ma konkurencji.
Po czymś takim zabijało się o niego kilka potęg, a najbardziej zdesperowany był Manchester United z wciąż Davidem Moyesem za sterami, oferując mi nawet trzykrotność rynkowej wartości zawodnika, czyli ponad 30 baniek, ale mój klub już ma spore pieniądze, a sam zawodnik wcale nie narzekał, że chce odejść. No cóż, dostał podwyżkę w zamian za dłuższy kontrakt dopóki się nie rozmyślił.
Jednak Moyes wydaje w tej grze ogromną kasę na transfery. Skutkiem tego jest to, że United mają niesamowicie przepakowany skład, a gwiazdki, które się Szkotowi znudzą trafiają do drużyny U-21 i na listę transferową za naprawdę dobre pieniądze. O dziwo nikt się nimi nie interesuje. Poza mną oczywiście. Gwiazdki mają duże wymagania płacowe, ale ściągnąłem Deulofeu i zaczynam się czaić na Koke.



