Uczniowie vs nauczyciele :)

Awatar użytkownika
Pisakk
Wraca do meritum
Posty: 3047
Rejestracja: 03 mar 2004, 22:54
Reputacja: 0
Lokalizacja: Moherowe miasto - Częstochowa

Post autor: Pisakk » 21 kwie 2005, 11:55

Niggaz - ten numer z porwaniem jest świetny! :lol:

To i ja napiszę co nieco. Z podstawówki to niewiele takich akcji pamiętam. Jedna mi szczególnie utkwiła w pamięci. Prawdziwym polewem była u nas lekcja religii (pewnie nie tylko u nas). Poza tradycyjnym numeram jak koles sobie wlozyl do spodni piórnik i przeszedł się wyrzucić papierek do kosza przu okazji ocierając się o katechetkę była też mocniejsza akcja. Ten sam koleś wpadł na pomysł, aby odpalić na lekcji...petardę! No więc zakupił sobie jedną z największych i podczas religii ją odpalił. Śmiesznie wyglądał z tą petardą w rękach, z drżącymi rękami i ze zdezorientowanym wzrokiem (chyba sam nie wiedział "co potem") no więc rzucił ją za mape Polski. Huk był ogromny. Do tego zaczęło niezbyt ładnie pachnieć :lol: . Katechetka cała zapłakana pobiegła po dyrektora. Podejrzenia podły, że tak to nazwę, na właściwego kolesia. Ale koleś był świetny jak zgrywał herosa tekstami typu: "Ja wiem kto to zrobił ale nie powiem. Nie jestem kapusiem..." :lol: :lol: :lol: Normalnie szok.

Dalej liceum - tu to były prawdziwe jazdy bez trzymanki.

Religia - standard: co lekcje rozwalaliśmy się na ostatnich ławkach, z chipsami i paluszkami i robiliśmy sobie "godzinną przerwę w zajęciach". Często też przychodził do nas ksiądz i sobie gadaliśmy o bzdurach :shock: .

Istnym rajem były lekcje języków obcych. Jako że byłem w grupie, która na maturze miała zdawać angielski to na niemieckim nie mieliśmy żadnej lekcji przez ostatnie dwa lata! :shock: :shock: Przychodziliśmy sobie bez plecaków, z jedzeniem (czasem nawet ze śniadaniem) i gadaliśmy ze dwie godziny. Na angielskim też odchodziły jaja. Ja z trzema kumplami byliśmy ciągle nazywani przez nauczycielkę anglika "Czterema jeźdźcami Apokalipsy", a jak jedne koleś poszedł na niemca to byliśmy "Trójcą świętą" :lol: . Na angliku ciągle robiłem sobie jaja z nauczycielki, rzucając jakieś śmieszne hasła. Nie robiłem ćwiczeń, nie miałem podręcznika, w zeszycie przez ostatnie dwa lata zapisałem może z 20 kartek, na maturę uczyłem się 30 minut grając na kompie w Championship Managera :lol: :lol: :lol: :lol: . Skutki? Na świadectwie w ostatnich latach same piątki a maturę zdałem na 6 jako jeden z czterech osób :lol: :lol: :lol: .

Studniówka też była fajna ale dużo by opowiadać...może później.

[edit]

Jeszcze zapomniałbym o języku polskim. Mieliśmy taką starą pannę, która była trochę wredna. Coś tam mówi na lekcji a tu nagle rozlegają się szepty a ona na to: "Nie gadać - ja tutaj wszystko widzę!". My w czterech (nazywani tutaj "Klubem brydżowym" :lol: :lol: :lol: ) w śmiech! Jedne kolega przede mną słuchawki na uszach - słucha muzyki. Kolega obok niego je paluszki. My z kumplem na ławce czytamy "Piłkę nożna" ale wyskoczyliśmy z hasłem - "Słuchajcie pani!" :lol: A wszyscy widząc nas w śmiech.

Dobry był też motyw na polskim z przygotowaniem do matury. Nauczycielka miała z każdej epoki po 20 pytań i rozsypywała je na biurku i trzeba było sobie losować. No to ten koleś co jadł wcześniej paluszki poszedł, usiadł na krześle i patrzy się na te pytania. Ona mówi: "No losuj Papież (tak miał na nazwisko)!" On wyciąga karteczkę i patrzy na pytanie. Nauczycielka zerknęła na chwilę w drugą stronę a on odrzucił tą kartkę i wylosował sobie inne pytanie i zaczął się śmiać, razem z całą klasą. Widok był niesamowity!

Wróć do „Hyde Park”