Chelsea FC

blackmore
Kapitan
Kapitan
Posty: 3853
Rejestracja: 28 wrz 2013, 21:11
Reputacja: 163

Chelsea FC

Post autor: blackmore » 31 gru 2016, 19:08

Chelsea - Stoke City 4:2

już niejednokrotnie w tym wieku z The Potters, wyrażę się kolokwialnie, męczyliśmy bułę i obawiałem się, że dzisiejszego popołudnia pod tym względem lepiej nie będzie. Gdy do siatki Courtois trafił Peter Crouch, to zajrzała mi w oczy strata punktów, a nie ukrywam, że życzyłem sobie, aby przynajmniej w dobie tak świetnej dyspozycji, nie męczyć się z piłkarzami z Britannia Stadium.

Emocji jednak nie brakowało, lecz The Blues sami sobie trochę winni. To, jak ospale weszli w drugą połowę rywalizacji, spotkało się z bolesną karą w postaci straconej bramki. Nie wiem, czy w szatni w przerwie Conte i spółka myśleli, że już się wygrało, ale Bruno Martins Indi przypomniał, iż tak nie jest. Całe szczęście, że trafienie Holendra nastąpiło tak szybko, albowiem zostało wystarczająco minut, aby móc ponownie objąć prowadzenie. Jak również po trafieniu Croucha, gdy słoniowatość The Blues była jeszcze wymowniejsza. Kanté nie trafia w piłkę, Alonso w ślimaczym tempie podbiega (w zasadzie zmierza) do rywala, zaś środkowi obrońcy to nie wiem, co robili. Malutki Krkić sobie całkiem nieźle poczyniał w towarzystwie Luiza oraz Cahilla.

Całe szczęście, że był na boisku Willian, który niedawno stracił mamę, zatem cieszę się, iż to właśnie on stał się bohaterem spotkania. Brazylijczyk przynajmniej sportowo zakończy ten rok pomyślnie, a jego reakcja po trafieniu na 3:2 dała jasny przekaz, komu dedykuje swoje dzisiejsze osiągnięcia. Zresztą na samych golach tej pochwały zakończyć nie można. Willian był dzisiejszego popołudnia jednym z bardziej aktywnych zawodników i zagrał znacznie lepiej od Hazarda, dla którego występ przeciwko ekipie Marka Hughesa był co najwyżej średni.

Świetnie, że strzelił również Costa, który harował całe spotkanie i sądząc po reakcjach fanów, zgromadzonych na Stamford Bridge, to żadnemu innemu zawodnikowi w takim stopniu nie życzyli pokonania Granta, jak właśnie Hiszpanowi. Po każdej solowej akcji Costy rozlegało się firmowe już: "Diego! Diego!", a nawet najmniej udana próba była nagradzana burzą braw. Wreszcie się udało, a Costa uraczył widzów efektowną cieszynką przy narożniku boiska.

Wróć do „Anglia”